Cherie Priest - Kościotrzep

Steampunk - podejście nr 2... 

Amerykę ogarnęła gorączka złota. Wiadomo, że nie jest ono równie dostępne jak woda czy powietrze. Wieści o samorodkach rozprzestrzeniały się błyskawicznie, dlatego  każde jego "źródełko" wysychało równie szybko, jak szybko zostało odnalezione. Jedynym złożem tego cennego surowca, do którego nikt się nie dobierał, była Alaska. Z jednej strony dlatego, że była ona w XIX w. własnością Rosji. A z drugiej, nikt nie potrafił się do tego złota  dokopać. Grube, twarde jak lita skała i nigdy nietopniejące lody przykrywają ziemię i znacznie utrudniają  Rosjanom robotę. I kiedy byli oni aż tak zdesperowani, że zastanawiali się nad odsprzedaniem Alaski, przyszedł do nich  pewien wynalazca z ciekawą propozycją...

Leviticus Blue  skonstruował maszynę, którą dumnie nazwał: Niesamowita Wytrząsająca Kości z Ciała Machina Wydobywcza - w skrócie Kościotrzep. Pierwsza próba jej uruchomienia, w miejscu gdzie została zbudowana, była jednak tragiczna w skutkach. Maszyna wymknęła się spod kontroli i podkopała ogromną część miasta Seattle , dziurawiąc fundamenty i ryjąc długaśne korytarze. Budynki się waliły, w ziemia w wielu miejscach się pozapadała, ale to jeszcze nie było najgorsze. Z tuneli, które wydrążył Kościotrzep, zaczął wydobywać się bezbarwny i bezwonny gaz, nazwany Zgubą, którego dostrzec można było przez specjalne, polaryzowane soczewki. Był on śmiertelnie trujący i ciężki. Powodował silne podrażnienia skóry, a bez maski z odpowiednimi filtrami, można się było nim zadławić. Jedynym wyjściem była ewakuacja i ogrodzenie miasta wysokim murem. Tak też uczyniono. 

Co stało się z winowajcą? Tego nikt nie wie. Blue zniknął bez śladu. Cała wściekłość mieszkańców miasta spadła więc na Briar - jego żonę, a później także na syna - Ezekiela, który podczas ewakuacji był jeszcze w łonie matki. Gdy przyszedł na świat mur już stał,  nie było mu dane zatem poznać ojca. Wszyscy powtarzali chłopakowi, że był szalony i to on doprowadził do katastrofy. Wszyscy, poza matką, która nawet nie chciała rozmawiać na ten temat. Piętnastolatek nie mógł znieść sposobu, w jaki inni traktują Briar - ona nie była w końcu niczemu winna, ale też nie chciał przyjąć do wiadomości, że jego ojciec zniszczył Seattle i uwolnił Zgubę. Aby zmyć plamę na honorze Leviticusa Blue, chłopak udaje się do ogrodzonej murem części miasta, gdzie ma zamiar znaleźć dowód na jego niewinność. W ślad za nim  podąża też Briar, przerażona o życie syna.

Jak zmieniło się miasto, po szesnastu latach działania Zguby? Czy Ezekielowi uda się przetrwać i osiągnąć swój cel? Czy Brair odnajdzie Zeke'a w ruinach Seattle, zanim stanie mu się coś złego? Oraz, czy można rozwikłać zagadkę tajemniczego zniknięcia Leviticusa Blue? 

"Prawda potrafi być wolniejsza od ślimaka, kłamstwa zaś mkną na skrzydłach wiatru."

Dlaczego podejście nr 2? Jedni z Was pewnie pamiętają, inni może nie, ale czytałam całkiem niedawno steampunkową książkę. Przynajmniej miała taka być. "Obsydianowe serce" okazało się kompletnym niewypałem i miałam nadzieję, że "Kościotrzep" nie będzie podobną męczarnią. Na całe szczęście, moje prośby zostały wysłuchane. 

Zacznę od stylu autorki. Jej specyficzny sposób pisania rzuca się w oczy już od pierwszego akapitu. Ma ona bowiem bardzo bogate słownictwo, które wykorzystuje obficie w "Kościotrzepie" przy każdej możliwej okazji, przez co zdania często bywają  długie, wielokrotnie złożone i zawiłe. Może nie tyle utrudniało to czytanie, co znacznie je wydłużało, bo trzeba się było do tego stylu po prostu przyzwyczaić - wpaść w rytm. Taki sposób pisania powodował również, że trudno się było od książki oderwać. Długie zdania, niczym sznury, krępowały mnie i kazały czytać dalej i dalej. Płynność z jaką autorka przechodziła z miedzy kolejnymi akapitami również nie ułatwiało mi odłożenie książki.

Nie oznacza to jednak, że nie można autorce niczego zarzucić. Miała wrażenie, że czasami stara się trochę za bardzo. Najbardziej raziły mnie przemowy Briar, w których aż roiło się od powtórzeń. Mam na myśli te umyślne powtórzenia, które autorka umieściła zupełnie świadomie. Były to głównie pytania retoryczne, rzucane w chwili rozpaczy bohatera (szczególnie często Briar), rozpoczynające się w ten sam sposób np. "Czy powiedziałabym, gdyby...". Doskonale wiadomo, że zostały zastosowane, aby dodać trochę dramatyzmu, wzbudzić w nas emocje np. współczucie dla postaci. Ale wyszło inaczej, głównie dlatego, że było tych pytań stanowczo za dużo w jednym akapicie. Trzy powinny wystarczyć,  podczas gdy autorka pchała ich od pięciu do sześciu. Zabieg ten nie pełnił już wtedy swojej roli a sprawiał wręcz, że te fragmenty pomijałam bo były zbyt patetyczne i sztucznie przerysowane.

Jeśli chodzi o fabułę, to wspomnę, że powieść została podzielona na dwie części, od momentu ucieczki Ezekiela, aby spleść się znowu w całość pod koniec książki. Jeden rozdział opowiadał o dokonaniach Briar, a drugi o kolejnych odkryciach Zeke'a, ale nie z perspektywy bohaterów - narracja powieści jest trzecioosobowa. 

Fabuła sama w sobie nie była zbyt  zaskakująca. Jedyny zwrot akcji, jaki na prawdę mnie poruszył, to zagadka zniknięcia wynalazcy, która rozwikłała się dopiero na samym końcu. A tak, przez całą książkę, nawet jeśli stało się coś, czego bym nie przewidziałam, to nie czułam wielkiej niespodzianki. Nie powiem jednak, że bardzo to psuje zabawę podczas czytania. "Kościotrzep" jest jak stara dobra Disney'owska animacja. Wszyscy wiemy jak się skończy, kolejne działania bohaterów są raczej przewidywalne i trzymają się pewnego schematu, ale mimo to przyjemnie się ogląda. Tutaj jest podobnie. Fabuła jest jak mgła. Widzimy co jest kilka metrów przed nami, ale dalej już nie. Dlatego brak zaskoczenia i dużego napięcia gdy mamy zwrot akcji, ale nadaj chcemy czytać, bo nie wiemy co kryje się dalej.

Bohaterowie są... troszkę przerysowani. Ale podejrzewam, że tak właśnie miało być. Byli jak postacie kreskówki, karykatury, którym uwypuklono jedną, góra dwie cechy. I tak jak u Brair jest to strach o syna, który wyzwalał odwagę, jakiej nigdy nie miała, tak Ezekiela napędzała docielkiwość i wrodzona ciekawość. Dialogi przesiąknięte były kolokwializmami, czasami nawet bluźnierstwami i sprawiały wrażenie na prawdę żywych - zwłaszcza kłótnie. Zdarzały się oczywiście bardziej patetyczne momenty, kiedy bohater używał częściej języka literackiego niż potocznego, co trochę psuło obraz całości, ale nie występowały często - szczególnie na początku i zwłaszcza u Briar. Oprócz naszych głównych bohaterów poznamy też ludzi ocalałych katastrofę, którzy nadal żyją w Seattle np. opiekuńczą, jednoręką barmankę, szalonego starca ze strzelbą ukrytą w lasce, starą Indiankę rzucającą nożami, piratów na zeppelinach i całe chordy wygłodniałych zombie... Jak widać, pomysłów autorce nie brakuje, a to dopiero początek...

Coś, czego brakowało w "Obsydianowym sercu" to tego ducha steampunku. Choć sama nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, to widzę ogromną różnicę między tymi książkami. W "Kościotrzepie" roi się bowiem od maszyn - mniejszych i większych - o przedziwnych, zabawnych nazwach, broni wszelakiej maści, masek gazowych ze specjalnymi soczewkami itp. Widać, że autorka zna się trochę na temacie, ba, ona żyje tym wszystkim i bawi się pisząc. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie. Podczas czytania na prawdę można poczuć, jakby znajdowało się w Ameryce w okresie, gdy przyszłością była para, wieści roznosiły się drogą pantoflową a kobiety noszące spodnie wywoływały zdumienie. Czuć ducha przygody, chęć rozwikłania tajemnic i przetrwania w opanowanym Zgubą mieście. 

Podsumowując: Choć "Kościotrzep" nie jest arcydziełem i można jej zarzucić lekką przewidywalność i schematyczność, zbytnie starania autorki w niektórych, patetycznych fragmentach i lekko przerysowanych bohaterów, to i tak uważam, że warto poświęcić jej czas. Głównie dlatego, że można przeżyć z tą powieścią na prawdę ciekawą przygodę. "Kościotrzep" zdecydowanie zasługuje na miano "Zakręconej historii steampunkowej". Jest bowiem wciągająca, pomysłowa, niekiedy nawet z kapką czarnego humoru. Przeczytałabym część drugą, gdyby takowa istniała. Połączenie rozwijającej się dopiero Ameryki w trakcie wojny secesyjnej, niezliczonych wynalazków i zombie to intrygująca propozycja, której przyjęcia nie żałuję. Polecam głównie miłośnikom fantastyki - głównie fantastyki naukowej. Jeśli do tej pory mieliście wątpliwości - Maruda daje zielone światło. 

 
Ocena liczbowa: 
7/10 

Ocena słowna:
Steampunkowa przygoda

Wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu":
+ 2,9 cm--> 165 cm


4 komentarze:

  1. Zapomniałam już o tej książce. Swego czasu było o niej głośno. Czy przeczytam? Nie wiem...jakoś nigdy mnie szczególnie nie kusiło :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tę książkę na półce już od kilku lat, ale jakoś jeszcze po nią nie sięgnęłam. Kiedy będę miała ochotę na steampunk, pewnie sięgnę, ale na tę chwilę jestem po uszy w fantastyce :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ze steampunkiem nie miałam jeszcze styczności, ale ostatnio coraz bardziej mnie ciekawi. Nie wiem czy obecność wielu maszyn mnie w sobie rozkocha, ale dam im szansę ;D
    Pozdrawiam,
    http://magiel-kulturalny.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię stempunkowe klimaty i chętnie bym poczytał, ale słyszałem dużo złych opini o tej książce i się zraziłem

    OdpowiedzUsuń