Guillaume Musso - Jutro

Nie można cofnąć czasu. Co się stało, to się nie odstanie, choć czasami bardzo byśmy tego chcieli.

Zbliżają się święta, przez co Matthew Shapiro odczuwa jeszcze bardziej brak żony. Rok wcześniej, dokładnie w Boże Narodzenie, zginęła w wypadku drogowym pozostawiając męża i małą córeczkę. Mężczyźnie do tej pory nie udało się do końca otrząsnąć po tej tragedii. Poza tym, nawet jeśli poradzi sobie z problemami psychicznymi, to nadal pozostaną finansowe. W pojedynkę, pracując jako wykładowca, nie było go stać na mieszkanie w drogiej dzielnicy. Przyjął więc lokatorkę. Ta, świętując drobny sukces zawodowy, kupiła mu prezent, który może zmienić jego przyszłość, a nawet naprawić błędy przeszłości..

Nowy laptop Matthew był już wcześniej używany. Jego poprzednia właścicielka pozostawiła na nim kilka zdjęć z wakacji. Mężczyzna nie chciał ich tak po  prostu skasować. Postanowił napisać do tej kobiety z pytaniem, czy chciałaby je z powrotem, czy też może on je spokojnie usunąć. Właścicielką zdjęć była Emma Lovenstein. Sprawiała wrażenie mniej powściągliwej od Matthew, co na początku go trochę irytowało, ale pozwolił się wciągnąć w rozmowę z nieznajomą, która szybko zeszła na zupełnie inne tematy.  Dowiedział się, że jego nowa "przyjaciółka" pracuje jako sommelierka w renomowanej nowojorskiej restauracji.  Mieszkali więc niedaleko.

Obydwoje byli bardzo podekscytowani znajomością. Matthew, za namową swojej lokatorki, postanowił kuć żelazo puki gorące i jeszcze tego samego dnia napisał do Emmy z propozycją wspólnego obiadu we włoskiej restauracji. Ile można siedzieć w domu i rozpamiętywać przeszłość? Jego rozmówczyni oczywiście zgodziła się. Zawsze miała tendencję do wiązania się z niewłaściwymi mężczyznami, przez co niejednokrotnie cierpiała, ale tym razem czuła, że będzie inaczej. 

O ustalonej godzinie, we wskazanym miejscu zjawili się i Emma, i Matthew.  Obydwoje czekali na siebie godzinę. Do spotkania jednak nie doszło. Jak to wyjaśnić?

Czytałam już książkę tego autora pt. "Papierowa dziewczyna". Była to powieść wciągająca, wywołująca emocje, ale jednocześnie bardzo delikatna i odprężająca.  Oczekiwałam tego samego od "Jutra" i nie zawiodłam się, choć nie obyło się bez małych zgrzytów. Czym tak na prawdę jest "Jutro"? Jeśli myśleliście, że zwykłym romansem, to grubo się mylicie ;)

Nie jestem wielką fanką książek obyczajowych i romansów. Generalnie, im bardziej historia jest przyziemna, tym większą torturą jest dla mnie lektura. Od dziecka siedzę w fantastyce (godziny czytania mi "Opowieści z Narnii" i  "Harrego Pottera" przez mamę zrobiły swoje), dlatego na książki z okładką "Jutra" nie spojrzałabym przychylnie nigdy... ale znajduje się na niej nazwisko Musso. I to zmienia wszystko. Co takiego potrafi ten autor? 

Pierwsze sto stron sprawia wrażenie do bólu przewidywalnych. Już zapowiada się, że lektura ta będzie równie wartościowa co moneta z czekolady, kiedy to nagle wbija w fotel zwrot akcji,  którego na prawdę się nie spodziewałam, i który absolutnie zmienia spojrzenie na powieść. Co więcej, ten zwrot akcji otwiera zupełnie nowe możliwości dla obu bohaterów. Związek na odległość jeszcze nigdy nie był tak tajemniczy i emocjonujący... 

Autor pisze w prosty i przyjemny sposób. Kartki śmigały mi wręcz przed oczami i nawet nie zauważyłam, kiedy przewróciłam tę ostatnią. Książka ma "to coś", co wciąga czytelnika i pozwala mu oderwać się na chwilę od prawdziwego świata. Mnie oderwała na dwa dni, bo tyle zajęła mi lektura ;)

To, co najbardziej podoba mi się w stylu autora, to opisywanie miejsc, bohaterów i ich emocji w krótki, zwięzły sposób. Nie ma zabawy w drobiazgi, bo i nie ma na to czasu. Najistotniejszą rzeczą nie są guziki u płaszcza Emmy. To wszystko autor pozostawia nam. Określa z grubsza np. wystrój restauracji i bach! - znajduję się w restauracji. Ta książka ma być lekką lekturą, dobrze więc, że nie przytłacza obszernymi opisami. Niektórzy mogą poczuć się wystraszeni, bo przecież jak można stworzyć odpowiedni klimat w ten sposób?! Nie trzeba się niczego bać, zapewniam ;) 

Bohaterowie sprawiają wrażenie trochę mało wyrazistych. W miarę czytania książki nie dowiadujemy się o nich niczego nowego. Tak, jak zostali przedstawieni na początku, takich mamy na końcu. Może to powodować uczucie rozczarowania i wrażenie zmarnowanego potencjału. Szczerze mówiąc, trochę tak jest. Każdy z nich dostaje lekcję i trochę zmienia swoje podejście do pewnej sprawy, czy też w ogóle do świata, jednak jest to raczej wymuszony przez gatunek standard niż cel autora.

Choć postacie zdecydowanie nie są najmocniejszym punktem tej powieści, to nie przesadzałabym, że nie da się przez nich czytać. Sposób, w jaki zostali wykreowani nie wywołał u mnie właściwi żadnych emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych. Z jednej strony zapomnę ich imiona zaraz po odłożeniu książki na półkę. Z drugiej zaś strony, nic mnie w nich nie drażniło. Taki urok luźnych czytadeł  - tekturowe sylwetki. 

Wracając do fabuły, to ona ma się o wiele lepiej. Książka zaczyna się od tego, że zostaje nam przedstawiony pewien sielankowy obraz. Idealna, szczęśliwa rodzina Shapiro: świetny wykładowca, genialny lekarz i urocza córeczka stanowią jedność, której zazdroszczą wszyscy dookoła. Wszystko zmienia się, gdy dochodzi do wypadku. W miarę trwania książki klapki zaczynają opadać i nam, i bohaterowi z oczu. Wątek miłosny schodził na drugi plan. Stawiano coraz więcej pytań, na których Matthew nie chciał znać odpowiedzi, bo i nie wiedział, że należało w ogóle te pytania zadawać.  Wszystko, czym żył było kłamstwem? Ile tajemnic skrywała jego żona? Jakie intrygi pogrzebała przeszłość? I jaką częścią tej gry stanie się Emma? Życie ich obojga stanie na głowie, a to wszystko przez ten jeden komputer...

Tempo, z jakim się czytało, było głównie napędzane przez następne zwroty akcji i kolejne tajemnice, oraz tropy prowadzące do ich rozwiązania. Zupełnie nie spodziewałam się, że powieść ta aż tak odbiegnie od ścieżki, którą podążała na początku. Jednak patrząc na nią z perspektywy czasu, to muszę przyznać, że była ona raczej przewidywalna. No, może nie cała, ale zakończenie na pewno. Troszkę rozczarowało mnie też to, że bohaterom, a właściwie jednemu z nich - młodemu przyjacielowi Emmy, który był akurat komputerowym geniuszem - trochę zbyt szybko udawało się rozwiązywać zagadki. Włamać się tu i tam? Żaden problem, daj mi 30 sekund. To taki wytrych, gra na skróty. Ale z drugiej strony, gdyby bohaterom było trudno na każdym korku, to:
a)  książka z pewnością nie zmieściłaby się w 400 stronach
b) przestałaby być wciągająca i lekka, a zaczęłaby nudzić
tak więc muszę się pogodzić z takim stanem rzeczy, chociaż niezbyt mi to odpowiada. 

Podsumowując: "Jutro" jest książką trudną w ocenie. Z jednej strony: jej bohaterowie są przeciętni i zaraz o nich zapomnę, zakończenie można przewidzieć, a obecność "genialnego dzieciaka" jest trochę drogą na skróty. Z drugiej strony: powieść wciągnęła mnie bez reszty, pozytywnie zaskoczyła (bo zupełnie czego innego się na początku spodziewałam) i  odprężyła swoim prostym językiem  oraz brakiem babrania się w szczegółach. "Jutro" cierpi na typowe problemy lekkich lektur - jest książką zbyt prostą, żeby mocno odcisnąć się w pamięci, ale o to przecież chodzi. To niezobowiązująca powieść,  po którą  sięga się właśnie dla jej prostoty i schematów. "Miało być lektura na dwa wieczory i było. Autor proste rzeczy poplącze tak, że przyjemnie i szybko się je rozwiązuje. Książkę polecam raczej płci pięknej, zwłaszcza jako wakacyjną/weekendową lekturę. Jestem pewna, że sprawi się świetnie ;)

Ocena liczbowa:
6,5/10
Ocena słowna:
Lekka "babska" lektura

 Wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu":
+ 2,5 cm--> 165 cm

   
   
    

2 komentarze:

  1. Ja to chyba jednak zostanę przy fantastyce. Obyczajowe jednak mnie trochę nudzą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałem kiedyś, ale niestety nie dotrwałem do końca. Odbiłem się od infantylności, nie przekonali mnie bohaterowie, ich zachowania, nie było w tym naturalności, czasem zachowywali się jak idioci. Nie przekonała mnie ta książka

    OdpowiedzUsuń