Ju Honisch - Obsydianowe serce Cz.1

Europa, 1865. Najlepszy hotel w Monachium staje się polem bitwy między dobrem a złem. Jak do tego doszło? 

Pięcioro spiskowców-patriotów zapragnęło uwolnić swój kraj od panowania zagranicznych władców. Postanowiło skraść prawdopodobnie najsilniejszy zwój magiczny na ziemi i, wykorzystując jego moc, przywrócić należyty porządek. Sprawa wymyknęła się jednak spod kontroli a ów artefakt przybrał postać cienia, który uciekł spiskowcom zaraz po niefortunnym wypadku (śmierci jednego z towarzyszy na skutek źle przeprowadzonego rytuału). Stanowi on teraz ogromne zagrożenie. Nie wiadomo jak się zachowa. Poza tym, jeśli jego moc wpadnie w niepowołane ręce, może to oznaczać konsekwencje nie tylko dla państwa ale i całego świata. 

Trzech mężczyzn (dwóch podporuczników i pułkownik) oraz towarzyszący im mag i śpiewaczka operowa (będąca pierwszej kasy szpiegiem) przyjechali do hotelu, gdzie błąka się wspomniany cień, aby go wyśledzić i złapać. Sprawa nie okazuje się jednak łatwa. Istota ta nic nie robi sobie po kulach czy stali. Wymagana jest specjalna broń, o  którą nie jest wcale tak łatwo. Ale nawet przy jej pomocy nie można schwytać tego gada. Jest szybki, zwinny, z równą szybkością potrafi materializować się i znikać. Jest to doprawdy wymagający przeciwnik. 

W trakcie tego "polowania", losy wojskowych krzyżują się z losem trzech dam, zamieszkujących pokój obok. Choć sprawiają one wrażenie delikatnych stworzeń, to doskonale potrafią zadbać o swój interes. Doborowe trio jakim jest młoda dama szukająca odpowiedniej partii, jej przyzwoitka i pokojówka nie zdają sobie sprawy, że ich "bawarskie wakacje" mogą przemienić się w przygodę życia. Choć ciężko będzie ją przyjemnie wspominać. 
Czy uda się złapać morderczy cień? Jak wiele magii nie dostrzega się na co dzień, choć jest ona na wyciągnięcie ręki? 

Czasami tak bywa z książkami, że są tak dobre, wybitne i pomysłowe, że nie wiadomo jak się zabrać za recenzję. Tu nie miałam takiego problemu. Książka nie jest bowiem ani wybitna, ani pomysłowa ani nawet dobra. Jest, brutalnie mówiąc, przeciętna. Przykro mówić, ale nawet w swojej przeciętności jest taka sobie. Dlaczego? 

Zacznijmy od zapewnień na okładce. Książka miała być "powieścią gotycką z dozą czarnego humoru i szczyptą steampunku". Na dodatek miała mieć "fascynujące postacie i akcję, która osiąga wbijający w fotel punkt kulminacyjny". Jedyne prawdziwe słowo jakie można tu wyłuskać to "szczypta", bowiem wszystkiego tego dobrego faktycznie tyle tutaj mamy. Nie wiem ile zapłacili pani Huff, że napisała podobną opinię o tej książce, bo jej słowa, mówiąc delikatnie, mijają się z prawdą. 

Co zatem mnie tak denerwowało w tej powieści? Zacznijmy od ogólnie panującego chaosu. Pierwsze rozdziały są za krótkie - maja może po 2 strony, a każdym rozdziałem zmieniała się perspektywa i bohaterowie. Postacie mają długaśne, udziwnione imiona i jest ich na początku duże natłoczenie, tak więc w ogóle nie można było się połapać kto jest kim, po czyjej stronie się znajduje i co zamierza. Tak zmieszana byłam mniej więcej do POŁOWY książki, kiedy to dopiero zaczęłam odróżniać bohaterów, ponieważ autorka na przemian używała ich imion i nazwisk co dodatkowo utrudniało mi zadanie. 

Kolejny problem jaki widzę, to nieumiejętność pisania przez autorkę dłuższych powieści. Przykro mi, ale dla mnie "Obsydianowe serce" było opowiadaniem, rozciągniętym do granic możliwości, w które upchnięto na siłę kilka kompletnie niepotrzebnych wątków. Lektura nużyła mnie momentami przeraźliwie. Gdyby wyciąć połę zyskała by na tym i historia, i akcja. Bo sama fabuła, tak na prawdę, kluczowych momentów ma może z pięć i kompletnie nie widzę potrzeby rozciągania tego na 450 stron. A to dopiero początek, bo co wprawniejsze oko  już pewnie dostrzegło, że przed nami jeszcze część druga...

Przejdźmy jeszcze do bohaterów. Jak już wspominałam, każdy miał długie imię i nazwisko, i za Chiny ludowe nie potrafiłabym ani tego wypowiedzieć ani napisać bez pomocy. Jestem jednak z stanie zrozumieć ten zabieg, bo akcja nie ma miejsca dzisiaj w Ameryce czy w Polsce, tylko w dziewiętnastowiecznej, południowo-zachodniej Europie. Coś, co mnie rozczarowało w bohaterach, to... właściwie brak naturalności. Autorka starała się nadać im jakiś konkretnych cech, ale szło jej to raczej nieudolnie. W konsekwencji otrzymałam przerysowane postacie, dzielące się na irytujące, męczące i kompletnie przezroczyste. Jedynie pułkownik Delacroix i młoda dama Corrisande Jarrencourt (uff...) się przed tym wybronili, ale też z trudem. Można to zawdzięczać tylko temu, że to im poświęcono najwięcej czasu, dlatego poznać ich można było w różnych okolicznościach co czyni tych bohaterów bardziej autentycznymi niż całą resztę. 

Jeżeli chodzi o styl... taki sobie. Nie powiem, że był fatalny, tu bym przesadziła. Można go opisać jako co najwyżej poprawny. Autorka ma niezbyt wabiący sposób pisania. Bardzo łatwo przychodziło mi odłożyć książkę na bok. Na dodatek nie umiała stworzyć napięcia, często gubiłam wątek (zwłaszcza w scenach akcji) no i zdarzały się czasami dość rażące powtórzenia. "Obsydianowe serce" jest debiutem tej pisarki więc widać, że to osoba z niezbyt dobrze rozwiniętym warsztatem. Da się to wyczuć na każdym kroku. Oby rozwinęła swoje umiejętności w drugiej części. Czasami takie przyjemne niespodzianki się zdarzają i miejmy na dzieję, że będzie tak i tym razem. 

 
Ciągle mówię o negatywnych stronach powieści... co mogę dodać na osłodę? Cóż, autorka starała się oddać realia epoki. Traktowanie dam z należytym szacunkiem, wyznaczone granice przyzwoitości itp. Starała się też odpowiednio stylizować język. Dodatkowo pozostało kilka dość istotnych kwestii, których rozwiązanie znajduje się w drugim tomie, co zdecydowanie zachęca do zapoznania się z dalszymi losami naszych bohaterów. Na plus działać może jeszcze cena. W Świecie książki oba tomy dostałam za 20 zł (teraz się w sumie nie dziwię dlaczego). Jeszcze jedną pozytywną cechą jest okładka. Przykuła moją uwagę i całkiem mi się spodobała. Szkoda tylko, że pomysł ten był ściągnięty z komiksu, który z książką ani z autorką nie ma kompletnie żadnego powiązania... 

Podsumowując: Jest to powieść o polowaniu na mroczną istotę nie z tego świata w dziewiętnastowiecznym hotelu. Pomyślcie tylko, jaki potencjał tkwił w tym pomyśle. Mogła wyjść na prawdę perełka ze  świetną, wciągającą fabułą, wartką akcją, ładunkiem emocji i niepowtarzalnym klimatem. Szkoda tylko, że pomysł ten został kompletnie zaprzepaszczony. Jak na ironię, książka autorki  pochodzącej z Niemiec,  jest strasznie chaotyczna i trudno przez większą część czasu połapać się kto jest kim. Zawiodłam się prawie na każdym aspekcie: od bohaterów zaczynając na fabule i stylu pisarki kończąc. Usprawiedliwić ten stan rzeczy może tylko fakt, że jest to debiut i może w następnej części Pani Honisch naprawi swoje błędy. Oby... bo pomysł, jak wspominałam, na prawdę ciekawy :) 

Ocena liczbowa:
4/10
Ocena słowna:
Do bólu przeciętna

 Wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu":
  (+ 2,8 cm) 20,1 cm --> 165 cm

3 komentarze:

  1. Szkoda, że książka jest słaba, ale w sumie jakoś mnie to nie zaskakuje :) Raz, że już poznałam kilka negatywnych opinii, a dwa - książka przeszła bez większego echa.

    OdpowiedzUsuń
  2. I się zasmuciłem. Książka wraz z drugim tomem od dłuższego czasu czekają na półce na swoją kolej i, szczerze powiedziawszy, wiązałem z nimi niemałą nadzieję na przyjemną lekturę. Teraz zaś zupełnie nie chcę sięgać po te powieści... ;/

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tę książkę na półce, ale jestem do niej coraz mniej przekonana i już sama nie wiem, czy czytać. :(

    OdpowiedzUsuń