Adrienne Barbeau - Miłość kąsa

Ovsanna Moore sądziła, że po znalezieniu i wyeliminowaniu z jej życia "Kinowego kosiarza", którym okazał się jedynie najpotężniejszy wampir na ziemi, będzie jej się żyło o wiele spokojniej. I owszem, było tak, aż do momentu, kiedy wywiadowca Peter King zaprosił ją na wigilijną kolację do jego rodzinnego domu. 

Żeby była jasność, Ovsanna jest wampirem. I to nie byle jakim. Jest Kasztelanką Hollywoodu. Wampiry, a szczególnie wysoko postawione, bogate wampirzyce są z reguły samotnikami. Ovsannie nawet do głowy by nie przyszło zgodzenie się na podobne wyjścia i jakikolwiek stały związek z człowiekiem gdyby nie fakt, że ów człowiek przed chwilą był świadkiem ujawnienia się paranormalnego świata i jedynym pytaniem jakie zadał to: "Jak mogę pomóc ci z nimi walczyć?". 

Odwaga i poczucie humoru były cechami, które lubiła Ovsanna. Niepokoiła się jednak, co z owego pomysłu wyniknie. Związek tego typu nie kończą się dobrze. 

Poza tym, Peter jest policjantem prowadzącym sprawę "Kinowego kosiarza" i żeby móc pokazać się publicznie z osobą zamieszaną w śledztwo, musiał najpierw znaleźć kandydata na winnego. Nikt nie uwierzy, że mordercą był wampir, którego zwłoki rozpłynęły się w basenie. Jeśli nie ma sprawcy, śledztwo wciąż jest w toku. Wracając jednak do życia aktorki/reżyserki Moore... 

Tuż przed spotkaniem w Wigilię Ovsanna zauważyła coś podejrzanego na swoim podwórku. Ktoś wkradł się na jej teren. Ktoś, kogo nie mogła wyczuć, nie był to więc człowiek. Szybko dowiedziała się jednak, kim jest napastnik. Zaatakował ja bowiem gigantyczny wilk, a właściwie zmiennokształtny w postaci wilka. (Zwykłe zwierzęta z tego gatunku nie osiągały takich rozmiarów.) Wampirzycy nie udało się go zabić, stwór uciekł. Był to jednak wyraźny sygnał, że zagrożenie nie minęło. Wciąż ktoś poluję na Ovsannę i choć nie jest to "Kinowy kosiarz", to z pewnością sprawy są ze sobą powiązane. 

Kto tym razem chce wyeliminować Kasztelankę? Czy uczucie jakim darzy Petera Ovsanna to jedynie żądza czy może coś więcej? I w końcu, jak na wieść o nowym romansie szefowej zareaguje zazdrosna Maral, asystentka aktorki?

"Wampiry Hollywoodu" były książką dobrą. Nie wyśmienitą, wybitną czy specjalnie kreatywną, po prostu dobrą. Miała być to pozycja, która zapewni czytelnikowi kilka godzin niezobowiązującej, luźnej rozrywki i wypadła świetnie w swojej roli. Od drugiej części oczekiwałam czegoś podobnego. Zawiodłam się jednak... Co spowodowało, że książka, do której podchodzę z przymrużeniem oka  i tak nie spełniła moich oczekiwań?

Na pierwszy rzut oka widać, że coś się zmieniło. Mianowicie na okładce widnieje tylko jedno nazwisko, podczas gdy pierwszy tom tworzyła para. Nie wydawało mi się, aby brak jednego z pisarzy mógł być tak uciążliwi. Pozycja ta nie ma jednak "tego czegoś" co sprawiało, że książka  zdecydowanie nie dorównuje swojej poprzedniczce.

Jakie zarzuty? Wątek miłosny. Tak, zdaję sobie sprawę, jaki tytuł ma powieść ;) Problem w tym, że miłość w tej książce przyćmiła właściwie wszystkie wątki, a na dodatek była opisana w sposób naprawdę infantylny i nieprzemyślany. Ovsanna ma 500 lat. Przeszłą w życiu swoje. Peter ma 40 i na dodatek jest rozwodnikiem. Można by wyciągnąć wniosek, że obydwoje wiedzą czym jest miłość. Nic bardziej mylnego. Poszukiwanie kandydata na mordercę były przez Petera uskuteczniane tylko i wyłącznie dlatego, aby jak najszybciej dobrać się do zgrabnej pupy wampirzycy. Zaczęły mnie męczyć już myśli bohatera, w których przekonywał sam siebie, że "nie są parą i wcale do tego nie zmierzają", wiedząc, że gdy tylko Peter i Ovsanna będą razem w pokoju,  jego stanowisko w tej sprawie obraca się o 180 stopni.  Brak rozwijania uczucia, poznawania siebie nawzajem. Jedyna "miłość" jakiej tu doświadczycie to żądza fizyczna, nic poza tym. Na dodatek... cóż, opisy też bez fajerwerków. 

Kolejnym poważnym minusem jest język. Wiedziałam, pamiętając poprzednią książkę, że historia ta nie będzie napisana w sposób poważny. Wręcz przeciwnie. Autorka posługiwała się slangiem, nie stroniła od bluźnierstw i tzw "odważnych słów". Problem w tym, że w drugiej części przesadziła. Może i dało się strawić, ale czytanie zdecydowanie do największych przyjemności nie należało. Po prostu od książki, nawet pisanej językiem potocznym, oczekuję jakiegoś poziomu. Autorka swój strasznie zaniżyła. 

Kolejną istotną sprawą jest fabuła. Ma ona właściwie bliźniaczy schemat co poprzednia część, jest więc do bólu przewidywalna. Autorka nie pozostawia żadnej niespodzianki, mrugnięcia oka dla czytelnika. Można by powiedzieć, że prócz "pikantnych" myśli Petera i Ovsanny, książka została obdarta z całej otoczki i pozostał jedynie schemat wydarzań, który śmiało można by przedstawić na kartce w postaci jednej prostej kreski. 

Wątek miłosny sprawił, że wszystkie wątki poboczne  ograniczono do minimum i stały się dla czytelnika tak mało istotnie, że szybko się o nich zapomina. Na dodatek odniosłam wrażenie, że najważniejszym momentem w powieści, swego rodzaju punktem kulminacyjnym,  jest scena, kiedy wampirzyca i jej ludzki kochanek wreszcie dają upust swojej miłości i idą razem... wiadomo gdzie. Od tego momentu praktycznie książka straciła cały ładunek emocjonalny. Musiałam się wręcz zmusić aby doczytać ostatnie kartki. Co jest niestety zastanawiające, skoro opisywały one wielką walkę między wampirami a zmiennokształtnymi. 

Podsumowując moje żale, "Miłość kąsa" jest jak dla mnie książką, która nie powinna powstać. To nieporozumienie. Nie jest zabawna, nie wnosi właściwie nic do historii z poprzedniego tomu, a do wątku miłosnego autorka nie tyle dosypała szczypty pieprzu, co wrzuciła całą pieprzniczkę,  a to niestety zabiło smak całej zupy. Traktowanie po macoszemu drugoplanowych wątków i postaci jest jak dla mnie największym błędem. Nie jestem pewna, czy książka rozkraczyła się jak samochód na odludziu tylko dlatego, że brakowało drugiego autora. Osobiście uważam, że tak, bo przeważyły typowo "babskie" cechy. "Wampiry Hollywoodu" były dobrą książką, którą zdecydowanie mogę polecić jako zabawny i przyjemny czasozapychacz. "Miłość kąsa" to zupełnie inna bajka. Na siłę naciągana, chaotyczna i nieprzemyślana. Zdecydowanie nie polecam.

Ocena liczbowa:
3/10
Ocena słowna:
Zawód na całej linii

 Wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu":
  (+1,8 cm) 14,3 cm --> 165 cm




8 komentarzy:

  1. No cóż, nie spodziewałam się po tej książce niczego więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. mnie również ta książka nie przekonała do siebie.
    pozdrawiam
    http://okiem-ksiazkoholiczki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno nie przczytam, brzmi okropnie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A zapowiadała się niezła lektura, taka lekka, choć od razu wiedziałam, że będzie przewidywalnie. Okładka mi się podoba, taka z humorem trochę i pasuje do tytuły serii. Gorzej, że musiałaś się zmuszać do lektury to chyba najgorsza rekomendacja.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Książka, która nie powinna powstać.. dobre :D Jakoś zawsze się trzymałam od tej serii z daleka, jak widać dobrze zrobiłam :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczerze mówiąc gdyby nie Twoja recenzja to gdybym zauważyła tą książkę w księgarni to wzięłabym ją w ciemno... :/ Dzięki więc za ostrzeżenie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam wrażenie, że powstaje coraz więcej książek o tej tematyce i w większości okazują się gniotami...
    Obserwuję i będę zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń