Gwen Hayes - Strąceni

Theia jest nastolatką, córką bogatego przedsiębiorcy i niezwykle utalentowaną skrzypaczką. Ma dosłownie wszystko, o czym dziewczyna w jej wieku mogłaby pomarzyć: ubrania z najwyższej półki, pokój zaprojektowany przez najlepszych dekoratorów wnętrz, bardzo dobre wyniki w nauce i talent muzyczny. Jedyne czego jej brakuje to kontakt z drugim człowiekiem. Jej matka zmarła podczas porodu, więc jedynym członkiem rodziny jaki jej pozostał był jej ojciec - niezwykle oziębły w stosunku do córki, nakładający na nią sztywne zakazy i nakazy. Jakby Theia miała zostać przyszłą królową, a przyjemności których doświadczały na co dzień inne dzieciaki były dla niej zbyt plebejskie. Na dodatek dziewczyna ma wrażenie, że ojciec wini ją w głębi serca za śmierć żony.

Pewnego dnia, tego na pozór bajkowego życia,  Theia dostrzega w środku nocy błysk na niebie. Jakby zobaczyła spadającą gwiazdę. Nie było to jednak ciało niebieskie, a ciało chłopaka, który płoną spadając na ziemię. Gdy nastolatka zorientowała się, że ów chłopak uderzył w idealny trawnik przed jej domem, czym prędzej pobiegła, aby przyjrzeć mu się z bliska. Jednak tak szybko jak otworzył oczy, zmienił się w garstkę popiołu. 

Od tego momentu Theia miewała dziwne sny z udziałem tajemniczego chłopaka. Był niezwykle uwodzicielki i wpadł jej w oko. Ogromnym zdziwieniem był dla dziewczyny moment, kiedy przechodząc korytarzem zobaczyła go rozmawiającego z pozostałymi chłopakami. Czyli nie był tylko wytworem jej wyobraźni.Jednak w przeciwieństwie do pięknych marzeń sennych, podrywał wszystkie puste dziewczyny na jej oczach, jakby chciał zrobić jej na złość.

Dlaczego Haden zachowuje się inaczej w jej snach i inaczej w rzeczywistości? Dlaczego po każdym śnie z jego udziałem dziewczyna nie budziła się w łóżku tylko w ogrodzie? I w końcu, czego chce od Thei, skoro wciąż wysyła jej sprzeczne sygnały
Zapowiada się nawet nieźle prawda...? Błąd. Męczyłam się z tą książką niemiłosiernie. Nie zrozumcie mnie źle, język powieści jest prosty, tekst luźno rozłożony na kartce, przez co łatwo i szybko się czyta. Na dodatek ma to coś, co zmusza, aby przeczytać do końca jak większość przeciętnych czytadeł dla nastolatek. To jak najbardziej stanowi pozytywną stronę książki. Ale tu właściwie plusy się kończą.  Spodziewałam się prostej opowiastki  oklepanym wątkiem miłosnym. Nie miałam właściwie żadnych oczekiwań ponad to. Pomyślcie, jak słaba musi być książka potykająca się o poprzeczkę, której nie ma.

Od czego by tu zacząć listę zażaleń? Może od tego, że przeciętna uczennica gimnazjum napisałaby lepszy romans. Autorka nie wysiliła się ani trochę. Opierała się na schematach we wszystkich możliwych fragmentach książki - i kreowanie bohaterów i tworzenie fabuły, nawet dialogi są zerżnięte z innych powieści. Dajmy kilka przykładów: 

*Dziewczyna jest bogata i ma wszystko prócz miłości. 
* Zraniony stratą żony mężczyzna, poświęca się pracy zaniedbując jedyne dziecko.
*Dziewczyna i chłopak kochają się, ale na przeszkodzie stoi ich pochodzenie.
*Haden w snach Thei jest w tajemniczej krainie i nie udziela jej odpowiedzi na żadne pytania, tylko posługuje się zagadkami. (Te momenty były tak podobne do Alicji w Krainie czarów, na dodatek tak strasznie nieudolnie ukrywano to podobieństwo, że słabo mi się robiło...)
*Nastolatka ma dwie przyjaciółki: jedna romantyczka, druga buntowniczka
*Theia z potulnego baranka musi  się zmienić, aby walczyć o to co utraciła.
Można by wymieniać dłużej, ale ten post zająłby trzy razy więcej miejsca, a Wy już zdążyliście się zorientować o co mi chodzi. 

W streszczeniu napisałam, że Haden zachowywał się inaczej w snach dziewczyny, a inaczej w rzeczywistości. Napisałam tak, ponieważ chyba o to chodziło autorce i to właśnie najbardziej podkreśliło wydawnictwo na okładce zdaniem: "W jej snach był jak ze snów - (Omyłkowe powtórzenie, czy ja jestem zbyt czepialska?) uwodzicielski, czuły, piękny. To dlaczego odtrąca ją na jawie?" Chcę zwrócić na to uwagę, ponieważ WCALE TAK NIE JEST. Haden jest, i tu i tu, tak samo "tajemniczy", "uwodzicielski" i cholernie irytujący. Na dodatek przybył na ziemię z piekieł, aby znaleźć sobie ludzką żonę. Kiedy w końcu znajduje dziewczynę, w której się zakochuje to stwierdza - e, jednak zbyt bardzo ją lubię, żeby ją porywać do piekieł.... I ja się pytam, to po cholerę ją w sobie rozkochiwał, skoro wiedział, że i tak nic z tego nie będzie?

Książka średnio wciąga. Trudno spodziewać się chęci do dalszej lektury, skoro fabuła jest tak przewidywalna, że nie czuło się nawet napięcia, które wytworzyłaby bateryjka z zabawki z McDonalda. Czasami zdarzały się fajne momenty, na przykład gdy Theia i jej przyjaciółki poszły po wróżbę do medium, a starą kobietą z kilogramem gładzi na twarzy i turbanem okazał się być dziewiętnastoletni chłopak. Byłam wtedy autentycznie zdziwiona i już sądziłam, że wybrnęłam ze schematycznego bagna, kiedy za chwilę wpadałam w jeszcze głębsze. Niejednokrotnie autorka przeczyła zasadom, które sama wyznaczała. Jeśli już zabiera się za książkę z wątkiem fantastycznym, to trzeba sprawić, aby chociaż trochę ten świat wydał się wiarygodny dla czytelnika.  W "Strąconych" nie czułam żadnej ciekawości, nawet odrobiny zaangażowania.

Dialogi bohaterów też wołają o pomstę do nieba. Brak realizmy to coś, co denerwowało mnie najbardziej. Jaka amerykańska nastolatka używa słowa  "hochsztapler"? Który nastolatek - nie ważne czy demon czy nie - mówi do swojej wybranki "moje jagniątko"? Pomijam już szczerą rozmowę Thei z ojcem, który wyznał jej, najmniej delikatnie jak to się tylko da, że była niechcianym przez niego dzieckiem. Opisał jej życie od poczęcia z dokładnością podręcznika na medycynę. Jaki rodzic mówi jedynej córce o tym, jakie rodzaje zabezpieczeń używali, aby tylko nie przyszła na świat?! Po takiej rozmowie z ojcem pozostałaby mi tyko pętla na szyję.

Zakończenie ani trochę nie zachęciło mnie do sięgnięcia po następną część. Był jakiś punkt kulminacyjny, ale żeby on był specjalnie wciągający... nie powiedziałabym. Poza ty, nawet jeśli ostatnie kilka stron mnie zaciekawiło, to średnio wyobrażam sobie sięgać po następny tom, żeby znowu męczyć się przez 3/4 książki. Nie ma nawet takiej opcji.

Podsumowując: "Strąceni" to jak dla mnie dno i trzy metry mułu. Czytając niemal na każdym kroku potykałam się o schematy, absurdy, nieżyciowe dialogi i sprzeczności. Bohaterowie to pozbawione życia szablony. Sama nie wiem, co zawiodło mnie bardziej - wątek miłosny czy fantastyczny.  Stylem autorka dorównywała przeciętnej nastolatce. Wszystko, absolutnie wszystko mnie w tej książce zawiodło. Zdecydowanie nie polecam. Zmarnujecie czas i pieniądze. 
 
                                                                         Moja ocena 2/10

7 komentarzy:

  1. Kurde blaszka! A tak mnie ta książka mocno ciekawiła, ale po twojej recenzji widać czarno na białym, że nie warta jest uwagi ani czasu, dlatego zaufam twoim słowom i jednak spasuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatni akapit: "Stylem autorka dorównywała przeciętną nastolatkę" - powinno być przeciętnej nastolatce. :)

    Też chciałam ją przeczytać, ale teraz już nie mam weny... Dobrze, że przeczytałam Twoją recenzję. Przynajmniej się nie zawiodę. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Whoops, dzięki za zwrócenie uwagi. Musiało mi umknąć ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam ją dawno temu i mi się podobała. Teraz pewnie miałabym o niej inne zdanie, bo jednak gust czytelniczy się zmienia - ale tak czy siak, mam drugą część na półce i zobaczymy. W sumie lubię czasami sięgnąć po ten typ powieści, bo to taki powrót do dawnych czasów czytelniczych :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam w planach tę książkę, chyba dalej mam.. raz nawet ją prawie kupiłam, ale po Twojej recenzji cieszę się, że tego nie zrobiłam. Jeśli jednak skuszę się na tę lekturę to na pewno wypożyczę z biblioteki. Mimo wszystko ciekawi mnie, czy jest aż tak słaba :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak też myślałam, że to totalne dno...

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytalam tę książkę w wakacje 2 lata temu i też się na niej zawiodłam, choć nie aż tak. :) Mimo wszystko miałam wobec tej książki całkiem wysokie oczekiwania, bo jakoś każdy wtedy ją chwalił, ale nie dostrzegłam w niej niczego wyjątkowego, może poza okładką. :)

    OdpowiedzUsuń